sobota, 22 kwietnia 2017

Twarzą w twarz z Japonią #20 - Tsukiji-shijo

Tsukiji-shijo/Targ rybny Tsukiji lub Centralny Tokijski Hurtowy Targ Metropolitalny. Jest to największy na świecie hurtowy targ rybny oraz jeden z największych targów żywnościowych. Sprzedawane są tam wszelkie rodzaje ryb i innych owoców morza.


Targ założono w 1923 roku. Ogólnie na trzech targach rybnych w Tokio sprzedaje się rocznie ponad 700 tysięcy ton ryb i owoców morza, z czego otrzymuje się ok. 600 mld jenów (ok. 5,5 mld dolarów). Sam Targ Tsukiji sprzedaje ok. 2 ton dziennie, a liczba zatrudnionych tam pracowników waha się między 60, a 65 tysiącami.


Dzień na Targu zaczyna się ok. godziny 3:00 rano. Wtedy pojawiają się pierwsze, gotowe na rozładunek statki i pierwsi licencjonowani kupcy, pracujący dla restauracji, sklepów, hurtowni, jak i indywidualnych klientów. Taki kupiec jest w stanie szybko i precyzyjnie określić, który owoc morza warto kupić. O 5:00 zaczyna się licytacja o tuńczyki. Cena ryby zależy oczywiście od jej wielkości i jakości mięsa. O 8:00 targ się kończy, zakupiony towar jest cięty i pakowany. Ok. 13:00 zaczyna się sprzątanie wielkiego targu.


Na terenie Targu znajduje się wiele małych knajpek, gdzie zakupić można sushi i sashimi z najświeższych owoców morza, a kucharz przyrządza je na oczach klientów. Za zestaw sushi trzeba zapłacić ok. 1200-1800 jenów. Za taką cenę otrzymamy posiłek z najświeższego mięsa w Tokio.

Więcej demonów | Recenzja Mononoke


Tytuł: Mononoke
Liczba odcinków: 12
Gatunki: horror, tajemnica, historyczne, demony, seinen, nadprzyrodzone, fantasy, dramat
Studio: Toei Animation
Rok powstania: 2007

Pewien Wędrowny Znachor podróżuje po świecie i sprzedaje swoje specyfiki. Odwiedza wiele ciekawych miejsc, a my jesteśmy świadkami przygód, które miały miejsce w kilku przystankach. Jak się jednak okazuje, każde takie miejsce wymaga przeprowadzenia egzorcyzmów, co pozwala Znachorowi pokazać swoje umiejętności. Upiory nazywane Mononoke różnią się od siebie pochodzeniem, czy charakterystyką. Pokonanie Mononoke wymaga znajomości jego formy, prawdy i skruchy, co utrudnia zadanie.


Jak już możecie się domyślić Mononoke (nie mylić z Księżniczką Mononoke!) to kontynuacja przygód Znachora z Ayakashi. W Mononoke dostajemy pięć opowieści grozy, które są ze sobą połączone właśnie tą postacią. Zostajemy złapani w sieć morderstw i tematów tabu. Historie pokazują jak łatwo człowiek staje się potworem i jak trudno jest mu to wcielenie porzucić. Aptekarz, aby poznać potrzebne mu informacje, zadaje innym postaciom nieraz niewygodne dla nich pytania. Na początku niechętni, z czasem zaczynają współpracować, odsłaniając tym samym najmroczniejsze momenty swojego życia. Bywa i tak, że niektórzy kłamią, czy ukrywają prawdę. Ostateczne rozwiązanie, choć czasem trzeba się nad nim zastanowić, jest logiczne i w pełni ujawnia powód, dlaczego pojawiło się Mononoke.
Tak samo jak Ayakashi, Mononoke nawiązuje do japońskich wierzeń i legend ('nawiązuje' to słowo klucz, gdyż nie wszystko pokrywa się z mitologią).


Znachor to zdecydowanie jedna z ciekawszych postaci, która wbrew pozorom nie błyszczy najbardziej. Jest wspaniałym tłem i dopełnieniem do wszystkich przedstawionych historii. Nie dowiadujemy się też o nim zbyt wiele, lecz wywnioskować możemy, że nie jest w pełni człowiekiem. Nie wychodzi też poza linię chłodnego i spokojnego obserwatora, który dla rozrywki może manipulować innymi. Jego jedynym celem jest pokonanie nieznośnego demona.


Grafika jest niezwykle oryginalne. Szeroka gama kolorów, uproszczona kreska (może i niekoniecznie ładna), cała masa tekstur i nie do końca realna mimika postaci, która świetnie oddaje emocje. Na dodatek szczegółowe tła, które są niezwykle barwne i pokazywane z różnych perspektyw. Urzekła mnie animacja pomieszczeń, w których rozgrywało się dane wydarzenie. Chwilami obraz dosłownie tańczył, co skutecznie uniemożliwiało skupienie się na jednym punkcie.


Przez większość czasu ścieżka dźwiękowa ogranicza się do podkreślania tego, co dzieje się na ekranie (chociażby szumy, czy dźwięk gongów). Jeśli już coś pojawi się w tle, jest to subtelna melodia, nie będąca akcentem. Co nie znaczy, że nie jest dobrym uzupełnieniem. Na pochwałę zasługuje Takahiro Sakurai, seiyuu Znachora. Głos zawsze opanowany i hipnotyzujący idealnie pasuje do postaci tajemniczego egzorcysty.
Grafika z openingu jest chyba jeszcze dziwniejsza, od tej z reszty serii, a towarzysząca jej muzyka jest nietypowa i interesująca, choć nie jest do końca w moim guście.


Mononoke to seria bardzo oryginalna, na którą warto spojrzeć, szczególnie jeśli interesuje się kulturą Japonii. Seria nie jest łatwa w odbiorze i silnie wpływa na widza. Jest to jeden z najbardziej oryginalnych tytułów, jakie udało mi się obejrzeć, a czas przy nim spędzony na pewno nie jest zmarnowany.
Fabuła: 8
Postacie: 8
Grafika: 7,5
Muzyka: 7
Całość: 7,6

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Twarzą w twarz z Japonią #19 - Anko

Anko, czyli pasta z czerwonej fasoli. Po ugotowaniu fasolę rozgniata się i dosładza cukrem lub miodem. Taka pasta stała się podstawowym składnikiem wielu japońskich słodyczy oraz deserów. Samo słowo "an" oznacza słodką pastę (niekoniecznie z fasoli) o gładkiej strukturze. Równie popularnymi nadzieniami do słodyczy są shiroan (pasta z białej fasoli) oraz kurian (pasta z jadalnego kasztana).


W zależności od rozdrobnienia, anko różni się konsystencją. Dwie najczęściej spotykane to tsubuan (gruboziarniste) oraz koshian (po ugotowaniu fasolka jest przeciskana na gładką masę).
Najpopularniejsze japońskie słodycze z anko:
Yokan (galaretka z anko, agaru i cukru)
Dango (kluski z mąki ryżowej podawane z anko)
Taiyaki (nadziewane anko ciasteczka w kształcie ryby)
Dorayaki (słodycze składające się z dwóch przypominających małe, grube naleśniki kawałków ciasta biszkoptowego z anko jako nadzieniem)
Anpan (słodkie bułeczki z anko)
Daifuku (ciasteczka wykonane z kleistego ryżu [mochi] nadziewane anko)

piątek, 31 marca 2017

Twarzą w twarz z Japonią #18 - Tatuaże

W wielu krajach tatuaże są rzeczą powszechną, pozbawioną złych skojarzeń. W Japonii natomiast, jest to brzemię dla właściciela. Choć irezumi (tradycyjna, japońska sztuka tatuażu) sięga starożytności, dzisiejsze społeczeństwo stanowczo odcina się od tatuaży.


 Tatuaże w japońskiej kulturze były obecne od wieków. Obecnie uważa się, że znaki na glinianych figurkach z okresu Jomon są symbolami malunków na skórze. Rozkwit irezumi nastąpił w okresie Edo (między XVII a XIX wiekiem). Sztuka ta rozwijała się zgodnie ze sztukami stworzonymi przez mieszczaństwo (drzeworyt ukiyo-e, teatr kabuki). Tatuaże dużą popularnością cieszyły się wśród pracowników fizycznych. Wizerunki zwierząt bądź smoków były talizmanem chociażby dla górników.


Okres świetności irezumi skończył się razem z otwarciem Japonii na kontakty z Zachodem. W 1872 roku japońskie władze uznały tatuaże za przejawy barbarzyństwa, po czym zakazały ich wykonywania. Zakaz ten zniesiono po II wojnie światowej, a tatuowanie znowu było legalne. Nie zmieniło to faktu, że nadal było to kojarzone z przestępczością. Przeświadczenie to zakorzeniło się w świadomości społeczeństwa, co oczywiście zaważyło na losach irezumi. Mafia coraz częściej rezygnuje z malunków na skórze, aby pozostać anonimowym i nie mieć problemów. Dzięki temu, powoli zaczyna odbiegać się od stereotypów.


W 2012 roku burmistrz Osaki, Toru Hashimoto wydał polecenie, aby wszyscy zatrudnieni przez miasto pracownicy, napisali oświadczenia o posiadaniu tatuaży (dokładny opis co i w jakim miejscu się znajduje). Odmowa złożenia oświadczenia równała się ze zwolnieniem z pracy. Pracownicy posiadający tatuaż byli przenoszeni na stanowisko niewymagające kontaktu z klientami, a w najgorszym wypadku byli zwalniani. W Japan Daily Press napisano: Kampania prowadzona przez burmistrza miała na celu wzmocnienie zaufania do władzy wśród mieszkańców. Gdyby obywatele mieli do czynienia z pracownikami, którzy mają tatuaże w widocznych miejscach, odbiłoby się to negatywnie na wizerunku miasta i jego liderów. Jednak to działanie nie jest wyjątkiem. Wytatuowane osoby nie mają wstępu do większości miejsc publicznych, które wymagają odsłonienia ciała. Od basenów i klubów fitness, przez gorące źródła, aż po kawiarnie i restauracje, których pracownicy na wahają się wypraszać gości z tatuażami.


Pewien policjant powiedział: Jeżeli nadal będziemy dyskryminować osoby wytatuowane, w tym byłych członków yakuzy, ich resocjalizacja nigdy się nie powiedzie. Obecnie posiadanie tatuażu nie jest już jednoznaczne z przestępczymi powiązaniami. Nadszedł czas, by dostosować zasady do nowej rzeczywistości.

Podróż do przyszłości | Recenzja Dimension W


Tytuł: Dimension W
Liczba odcinków: 12
Gatunki: akcja, seinen, sci-fi
Studio: Orange, Studio 3Hz
Rok powstania: 2016

Rok 2072. Dzięki międzywymiarowej sieci induktorów elektrycznych, światowy problem zapotrzebowania w energię wydaje się być rozwiązany. Cewki/ogniwa czerpią energię z pozornie niewyczerpalnego źródła jakim jest wymiar W (czwarta płaszczyzna istniejąca poza wymiarami X, Y i Z). W tak wyglądającym świecie żyje Kyouma Mabuchi, zajmujący się zbieraniem nielegalnych ogniw. Podczas wykonywania jednego ze zleceń spotyka androida o imieniu Mira, a jego życie zaczyna się coraz bardziej zmieniać.


Sposób "działania" wymiaru W nie został wytłumaczony najlepiej. Dla kogoś, kto najpierw poznał anime, a potem sięgnął po mangę (tak jak ja) wiele rzeczy może pozostać niezrozumiałych. Treść odcinków bywała bardzo zawiła i nie raz wracałam do poprzednich, aby zrozumieć to, co się aktualnie działo. Plus czy minus, zależy od osoby. Świat Dimension W jest wykonany w zadowalający sposób. Największą wadą jest zaburzenie chronologii z mangowej wersji. Część z domem nad jeziorem pojawia się znikąd i nie znając oryginału można mieć mętlik w głowie. Finał serii też nie powala na kolana. Wprawdzie jest sporo akcji i zgrabne zakończenie wszystkich wątków, które się przewinęły ale... to nie to.
Nie chcę wrzucać fabuły do szufladki zła, ponieważ naprawdę dobrze się bawiłam podczas oglądania. Historia mimo wszystko wciąga i jest tajemnicza. Dużo rzeczy trzymanych jest w sekrecie, aby ujawnić prawdę w odpowiednim momencie. Poboczne historie również zasługują na wyróżnienie. Były wzruszające i intrygujące, a ich celem było pozwolenie nam na lepsze zrozumienie wymiaru W. Może nie wyszło to najlepiej, ale zawsze coś. Na sam koniec warto wspomnieć o wątku miłosnym. Dzieje się on tylko we wspomnieniach Kyoumy, ale jak dla mnie był świetnie rozegrany.



Kyouma unika nowej technologii jak ognia, więc (o ironio) los postanawia zesłać mu androida. Zbieracz jest punktem, który ratuje serię. Od początku zaciekawia nas swoim zachowaniem, a jego przeszłość pomogła w stworzeniu ładnego zakończenia serii. Mira natomiast jest pozytywnym robotem, wrażliwym na tym punkcie. Skradła moje serce i nawet teraz czytając mangę mam szczerą nadzieję, że znajdzie z Kyoumą wspólny język.
Postacie drugoplanowe są niesamowicie barwne i ciekawe, nie mogę im nic zarzucić. Dosłownie każda nowa dusza pojawiająca się w Dimension W zachęca nas do poznanie jej historii.


Grafika... no cóż, tu się pojawia problem. Ogólnie bohaterowie zostali narysowani bardzo ładnie, sceneria nie była bardzo powalająca (wszystko ratuje Wyspa Wielkanocna z ostatnich odcinków), ale animacja to nóż w plecy. Dwa pierwsze odcinki wmawiają nam, że wszystko będzie piękne, ale nie. Całość staje się bardziej uboga, a potknięć jest niemało. 


Opening i ending górowały na mojej playliście przez długi czas. Genesis i Contrast to energiczne melodie, która wpadają w ucho i zmuszają do molestowania przycisku replay. Muzyka w tle pasuje do serii i dodaje klimatu, ale niestety nie jest to ten typ, który zapada w pamięć, lub który jest szczególnie oryginalny.


Dimension W dało mi sporą dawkę frajdy i czas spędzony przy tej serii wspominam bardzo miło. Mamy tu intrygującą fabułę, barwne postacie, grafikę miłą dla oka oraz zapadający w pamięć opening. Fanom sci-fi, czy motywów związanych z przyszłością, gorąco polecam.
Fabuła: 8
Bohaterowie: 9,5
Grafika: 7,5
Muzyka: 8
Całość: 8,25